Co można przeczytać w pamiętniku pisanym przez miasto zimą….

5 rano, powoli wstaje dzień. Poznaję to po tym, że zaczęli karmić swojego smoka. Smoka, który od wielu tygodni wisi nad nami, przysłaniając to, co potrzebne, by żyć. Słońce, księżyc, chmury, gwiazdy. Kręci się w koło, pozostawia smugi dymu i pyłu. A wszystko to potem unosi się nade mną, wisi i zatruwa to, co chcę im dać. To, co dla nich mam. Zielone, a teraz srebrzyste drzewa, parki, dla których specjalnie przygotowałem ziemię. I te urocze, małe kamienice, które tworzą mój klimat. I te duże budynki, bez których nie da się obejść. Zwykłe domy, w których mieszkają i których potrzebują. Podwórka. Ulice. Chodniki. Deptaki. Rynek. Wszystko, co im daję.

A oni go karmią, przez co rozrasta się do niebotycznych rozmiarów. Karmią go i karmią, jakby nie wiedzieli, że kiedyś będzie taki wielki, że nas wszystkich zje.

Rano odpalają swoje samochody. Z rur uderzają duszące, szare kłęby. Zanim ruszą, najpierw trzęsą się nad tą swoją buczącą maszyną, bez której nie mogą się obejść. Skrobią szyby, omiatają  śnieg i grzeją. Grzeją, grzeją a smok rośnie i rośnie.

Wcześniej wkładają do swoich pieców, co tylko wpadnie im w ręce. Smok zadowoli się każdym odpadem. Im większy i bardziej niepotrzebny odpad tym lepsza karma dla smoka. A im więcej tym cieplej. Nie zastanawiają się na tym, że to, co tam włożą zamienia się w odżywczą karmę dla smoka ale szkodliwą, trującą nie tylko mnie. Nie tylko ja niszczeję. Oni również. Smocze opary zostawiają trwały ślad na mnie i na nich. W moich płucach i w ich płucach. Na mojej skórze i na ich skórach. I tak zatruwają siebie i mnie. Aż zatrują nas na dobre.

Godzina 2 w dzień. Smok nieco usuwa się w cień. Karmią go wówczas nieco mniej, są zajęci swoimi sprawami. Siedzą poza domem, do pieca nie dokładają tak bardzo. Nie mają na to czasu, bo pracują, ruszają się, jest im ciepło. Ich samochody też stoją. Dlatego smok jest nieco mniejszy, ale jest to złudne. Bo….

O 5 po południu rozrasta się najbardziej na świecie. Jest wtedy ogromny. Jest wielki i wypasiony. Wracają z pracy. Najpierw stoją na ulicach i grzeją, grzeją swoje samochody. Mówią na to, że stoją w korku. A z tylnych rur spod samochodów wybuchają kłęby dymów. A smok rośnie i rośnie. Potem w swoich domach też dają popalić. Ładują do pieców bez końca. Co tylko wpadnie im w ręce. Muszą mieć przecież ciepło. Wydaje im się, że piec pochłonie cokolwiek tam włożą. Pochłonie, ale przecież to nie zniknie. Nakarmi to smoka, który się rozrośnie. Jak to możliwe, że oni tego nie widzą? Nie widzą, że smok jest wtedy tak wielki, ciemny, że nie można oddychać. Ja się duszę, duszę.

Niektórzy nie poprzestają na ładowaniu do pieca. Rozkładają specjalny stojak z kratą i w nim rozpalają ogień. A potem coś smażą na tym ogniu. A to żarcie skwierczy, trzeszczy i produkuje dodatkowy pokarm dla smoka. Wszyscy wtedy są napasieni. Ich brzuchy rosną i skrzydła smoka rosną. Nie widzą tego.

A wtedy jest najgorzej. Dopóki nie położą się spać, smok się rozrasta i rozrasta. Wtedy już nic nie widać, już nie ma czym oddychać. Muszę wtedy wegetować, oddychać powoli, zaciskać zęby i powieki i czekać. Czekać aż przestaną.

O 2 w nocy na chwilę się uspokaja. Samochody stoją na parkingach, niektóre w garażach. W piecach wygasa, bo kiedy śpią nie dokładają karmy dla smoka. A kiedy smok nie dostaje pokarmu, staje się mniejszy. Jego skrzydła nie przysłaniają całego świata.  Przez chwilę jest lepiej, można trochę odetchnąć, popatrzeć na księżyc, na gwiazdy…

Ale o 5 rano znów wstaje dzień…..

Co można przeczytać w pamiętniku pisanym przez miasto zimą….
czytaj dalej