Dziś Dzień Mamy.

Z tej okazji przygotowałam dla Was coś specjalnego.

Niebagatelny wpis, jakiego świat nie widział, bowiem jest on wspólnym dziełem, moim i Lidki z Zacisza Rozmaitości. Jest owocem naszych wieczorno-nocnych rozmów, podczas których dzieliłyśmy się doświadczeniami radości i trudów codziennego życia, bycia mamą i blogowania.

Lidkę poznałam kilka tygodni temu w blogosferze, kiedy to zachęciła swoich czytelników do odgadnięcia  tematu kolejnego wpisu. Było trudno i nawet podpowiedzi w postaci grafiki nie pomogły mi odgadnąć, że chodzi o Kurę Domową (kura z obrazka według mnie wyglądała jak kogut). Ale i tak wygrałam nagrodę w postaci cudnego Anioła z masy solnej własnoręcznie wykonanego przez autorkę.

Od tamtego czasu regularnie prowadzimy nasze wieczorno-nocne rozmowy. To, co nas przyciąga do siebie to bez wątpienia podobne spojrzenie na świat. Uwielbiam lekkie pióro (to znaczy klawiaturę) Lidki, której teksty są pełne humoru, autentyczności i celnych, dosadnych refleksji, bez owijania w bawełnę.

Jesteście ciekawi, o czym tak dysputujemy po nocach?

A właśnie o tym:

Lidka –  Zacisze Rozmaitości

Czym jest dla ciebie rodzicielstwo? Czy, kiedy zostałaś mamą musiałaś przemodelować dotychczasowe priorytety w życiu?

Monika – Przyznam szczerze, że u mnie wyglądało to trochę inaczej, niż te znane sytuacje o odwróceniu życia do góry nogami. Owszem. Zmieniło się, ale nie było rewolucji, a raczej naturalny proces.

Zawsze chciałam być mamą. Teraz trudno mi powiedzieć jak sobie to wyobrażałam, ale z całą pewnością nie było to dla mnie jakieś ogromne zaskoczenie. Zawsze lubiłam dzieci, lubiłam się nimi zajmować, bawić się z nimi. Na rodzinnych imprezach, w których uczestniczyłam wolałam towarzystwo młodszych ode mnie maluchów niż nudnych dorosłych. Myślę, że obecne tam matki na tym korzystały. Znakiem dzisiejszego świata jest między innymi pogląd, że macierzyństwo przewraca życie do góry nogami. I pewnie tak jest. Teraz większość młodych kobiet myśli o tym, aby skończyć studia, rozpocząć pracę, karierę, dorobić się  i wyszaleć. Kiedy w tak poukładanym i zaplanowanym życiu, gdzieś po 30 pojawia się dziecko, wówczas na pewno jest to rewolucja. U mnie tak nie było. Dziecko pojawiło się w tym samym czasie, co inne życiowe zakręty. Wkroczyłam w dorosłe, samodzielne życie, skończyłam studia, założyłam rodzinę. Dla mnie nie była to rewolucja, tylko naturalna kolej rzeczy, jaka istniała na świecie od pokoleń. Świadomie też wybrałam dziecko nad pracę zawodową, a tym samym w tym wypadku dokonałam zmiany priorytetów. Wcześniej, na studiach myślałam tylko o karierze i pracy zawodowej. Miałam mnóstwo planów, niektóre nawet realizowałam.  Potem najważniejsze było, jak te plany pogodzić z rodzicielstwem. Rodzicielstwo jest dla mnie czymś naturalnym. Myślę też o tym w kategoriach pewnej misji…chcę ją wykonać najlepiej, jak potrafię, świadomie wybierając dzieci przed pracą zawodową.

Monika – A jak to było u Ciebie? Czy macierzyństwo okazało się rewolucją? Zaskoczeniem? Koniecznością rezygnacji z czegoś, na przykład z kariery?

Lidka – Ja osobiście przeszłam długi proces dojrzewania do macierzyństwa. Zawsze dużo uwagi poświęcałam kwestii rozwoju intelektualnego. Miałam swoje ambicje, mniej lub bardziej sprecyzowane pomysły na siebie. Po studiach dostałam ofertę pracy na uczelni, co wiązało się właśnie ze wzmożonym wysiłkiem umysłowym. Wiesz… praca nad doktoratem, wędrówki po bibliotekach i to po całym kraju, wertowanie tysięcy książek. Mnie to pochłonęło do reszty. Zaciszak nazywał mnie wtedy „molem książkowym z fanatyzmem w oku”. Oboje wiedzieliśmy już jednak, że chcemy stworzyć dom, w po którym biegają dzieci (nie jedno dziecko!). Doktorat stał się wówczas tylko punktem do odhaczenia. Po prostu wiedziałam, że jeśli nie sfinalizuję tej kwestii, to później może być różnie. Moje koleżanki broniły doktoraty po 40tce. Ja chciałam mieć to za sobą. Pamiętam minę mojego profesora po obronie. Widział we mnie swoją kopię, bo obroniłam się w podobnym wieku. Ja jednak miałam już inne plany – czysto kobiece, matczyne. Nie było więc rezygnacji z kariery, a raczej kolejny krok w rozwoju. Po prostu postawiłam na inną sferę. Intymną, osobistą, emocjonalną. Umysłowość zeszła na drugi plan. Pojawiła się moja wyczekiwana Zacieszka, której poświęciłam całą siebie. Dwa lata później „dobił” do nas Zacieszek i dopiero wówczas wybrałam życie z dwojgiem dzieci bez towarzystwa pracy zawodowej. Nastąpiło to bez wyrzutów sumienia. Tak po prostu. Czas przemodelował moje dotychczasowe priorytety, choć obecnie ta moja chęć wyżywania się umysłowego wraca m.in. we wpisach publikowanych na blogu. Można powiedzieć, że mój dzień w 80% wypełniają dzieci, 20% pozostawiam dla samej siebie w ramach tzw. zdrowego egoizmu.

Lidka – Czy Twoim zdaniem posiadanie dziecka wzbogaca, a może ogranicza albo wręcz zubaża.

Monika – Myślę, że posiadanie dziecka może zarówno wzbogacić, jak i ograniczyć, czy nawet zubożyć. Chyba wszystko zależy od nas, od tego, co z tym zrobimy. Podchodząc do sprawy w taki sposób, że wychowanie dziecka i opieka nad nimi jest jedyną aktywnością, na jaką się zdobywamy, to z czasem bez wątpienia zubożejemy. Jeśli zapomnimy o sobie, jako sobie i będziemy traktować się tylko w kategoriach – „jestem mamą” to bez wątpienia sami narzucimy sobie ograniczenie. Miałam taki kryzys, kiedy mój średni synek (wówczas najmłodszy) miał około pół roczku. Zauważyłam, że potrafię już chyba tylko bawić się na podłodze i zwijać skarpety w kulki. Dało mi to impuls do działania i postanowiłam, że czas coś z tym zrobić. Zaczęłam wówczas pracę – szkolenia dzieci i młodzieży. Wychodziłam na kilka godzin w tygodniu a dzieci zostawały z nianią. To bez wątpienia sprawiło, że poczułam się znacznie lepiej, kiedy nie zatraciłam się w tym byciu tylko i wyłącznie pełnoetatową mamą.

A dzieci bez wątpienia wzbogacają nasze życie. Potrafią nauczyć nas organizacji, pracy zespołowej. Stajemy się silniejsze, nie tylko fizycznie. Stajemy się też bardziej kreatywne i potrafimy zrobić coś z niczego, w dodatku w ekspresowym tempie. Myślę, że praca w korporacji nie daje takiego kopa, jak jednoczesne bycie mamą i dbanie o siebie, czyli o to, by czasem stawać się kimś innym, niż tylko mamą. Godzenie tych wszystkich „ról”.

Monika – A  jak to wygląda według Ciebie? Dzieci wzbogacają, ograniczają, czy może zubażają nasze życie?

Lidka – Powiem tak: dzieci zdecydowanie wzbogacają nasze życie, czynią je bardziej wielowymiarowym, bogatszym głównie w sensie emocjonalnym. W tej sferze często musimy się wspiąć na wyżyny, jednocześnie popadając w tak skrajnie niskie klimaty, że normalny, cywilizowany człowiek nie jest ich w stanie pojąć. W wielu wpisach podkreślam jedną ważną sprawę: jeden mały formujący się na naszych oczach człowiek oferuje tak niesamowitą bombę doznaniową, jakiej nie bylibyśmy w stanie doświadczyć gdziekolwiek indziej. Dzieci naginają, testują, eksperymentują z nami. Ja czasem chodzę po omacku, czując się jak szczur doświadczalny. To jest przerażające i fenomenalne zarazem. Jest jednak jeszcze drugie dno macierzyństwa, o którym wspomniałaś. To drugie dno to my same – matki. Nasze potrzeby, aspiracje, zainteresowania, cele. Zapominając o nas samych zubożamy własne życie i dajemy niezłe pole manewru dla niepotrzebnej frustracji. Nie ma chyba nic gorszego jak sfrustrowana mama. Nieszczęśliwa, rozgoryczona, wiecznie skrzywiona mama to nieszczęśliwe dzieci, nieszczęśliwy mąż, nieszczęśliwy dom. Same sobie musimy dać szansę. Nie dzieci o tym decydują, tylko my same.

Lidka – Jak wygląda Twoja codzienność? A jest to przecież codzienność mamy czworga dzieci. Ja osobiście nie raz miewam chwile, kiedy najchętniej wystrzeliłabym się w kosmos dzierżąc w ręku „one-way-ticket”, a mam tylko dwuosobowy bagaż… Jak to więc jest, kiedy ma się pod swoją jurysdykcją nieco więcej ludzi w wersji mikro.

Monika –  O tym, jak wygląda moja codzienność napiszę oddzielny artykuł, a konkretnie dwa. Jeden z nich będzie dotyczył mojego, codziennego, spokojnego poranka a w drugim opiszę, kiedy znajduję czas na blogowanie.

Organizacja naszej codzienności jest wyzwaniem. Jestem koordynatorem wszystkich działań, planuję je i zlecam, czyli przypominam o zadaniach (proszę 😊 ).  Mamy w kuchni specjalną tablicę zadań. Są zadania jednorazowe, co do zrobienia których chłopcy się sami deklarują (np. naprawa karnisza) oraz zadania bieżące, jak wyładowanie zmywarki. Każdy, kto wykona dane zadanie może sobie wpisać to na tablicy, najmłodszemu synkowi pomagam. Pod koniec roku szkolnego zobaczymy, kto był najbardziej aktywny w domu.

Sama dla siebie też ustalam priorytety. Ale moje prywatne zadania dzieją się najczęściej, jak córcia śpi a chłopcy są w szkołach/przedszkolu. Nie zawsze to wychodzi. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować i być na to przygotowanym, by nie popaść we frustrację. Nie jest łatwo, ale wciąż się uczę konstruktywnego planowania.

Monika – A jak to działa u Ciebie? Co sprawia Ci największą trudność w organizowaniu codzienności?

Lidka – Pomysł z tablicą świetny! Gratuluję koordynatorze 😉

Osobiście wypracowałam sobie pewien schemat działania. Z samego rana załatwiam wszystko, co należy. To czas na obowiązki, w które włączam także dzieci (oboje, jeśli Zacieszka jakimś cudem nie wyląduje w przedszkolu). Większość czasu mi asystują, względnie kręcą się gdzieś w pobliżu podczas przygotowania posiłków, napychania pralki praniem, całego tzw. ogarniania. Potem pozostaje już czas głównie dla nich. Z moich obserwacji wynika, że w przypadku małych dzieci doskonale sprawdza się wypracowany rozkład jazdy. Trudność stanowią niespodzianki, typu choroba, niespodziewany gość, a nawet (!) nieplanowy powrót męża z pracy… Wszystko to, co w jakimś tam sensie burzy założony plan.

Obecnie mamy jeszcze na tapecie przeciągające się posiłki, które w przypadku Zacieszki trwać mogą czasem w nieskończoność (takie mam czasem wrażenie). Pracujemy nad tym usilnie, z różnym skutkiem i wyczekujemy końca tej mordęgi 😉 To trochę taka kulinarna praca u podstaw, choć mąż widzi w tym raczej pracę syzyfową. Ja tam wiem, że kiedyś zapewne wtoczymy ten kamień na szczyt. Może nawet niebawem… Kto wie.

Lidka – Czy każde kolejne dziecko oznacza spokój, wejście na luz, a może wręcz w rutynę?

Monika – To bardzo ciekawe pytanie. Często podsłuchuję młode mamy, które mają jedno dziecko i narzekają, jak bardzo trudno jest im to wszystko ogarnąć. Pamiętam, że też tak miałam. Z niecierpliwością czekałam na wieczór, który wtedy zaczynał się o 19 lub 20. Teraz jest to 22. Im więcej masz dzieci, tym wszystko, co dotyczy Ciebie ulega w znacznym stopniu skróceniu. I często musisz dokonywać wyborów. Poczytam książkę sobie, czy dziecku? Biorę dziś kąpiel, czy jednak wolę dłuższy sen? Albo rankiem, kiedy wyjątkowo budzę się w miarę wyspana, a moje małe dziecko jeszcze śpi i myślę…poleżeć sobie czy wstać i w samotności podelektować się poranną herbatą?

Kolejne dziecko sprawia, że uczysz się wiele rzeczy odpuszczać, wybierasz te, które są najważniejsze. Z czasem pojawia się pewna rutyna, ale nie ma ona związku z nudą ale raczej z rytualnością, czyli wypracowaniem sobie nawyków, sposobów działania, żeby ten ogrom obowiązków nas nie przytoczył.

Więcej dzieci to nie tylko wciąż niekończące się roboty (takie jak np. zakupy, pranie, czy zbieranie zabawek). To przede wszystkim czas. Każdemu z nich trzeba dać swój czas i swoją uwagę. Swoją bezgraniczną uwagę. Nie wystarczy zapytać –  co tam w szkole i słuchać jednym uchem, jednocześnie karmiąc malucha. I to trzeba sobie wypracować.

Monika – A mnie ciekawi z kolei jak organizujesz czas ze swoimi dziećmi. Wiem, że są one w zbliżonym wieku. Czy wymyślacie zabawy wspólne, w trójkę? Czy raczej osobno? I jak godzisz zwaśnione rodzeństwo?

Lidka – Początkowo zajmowałam się wyłącznie Zacieszką. Chciałam, żeby bezboleśnie weszła w nową konstelację domową. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, żeby zeszła na drugi plan, żeby czuła się mniej ważna, odepchnięta. Bardzo na to uważałam. Nawet karmiąc Zacieszka poświęcałam jej czas i uwagę. Potem stopniowo włączałam w aktywność synka.  Od samego początku stawałam na głowie, by dzieci miały pozytywny, pełen miłości kontakt. I to (odpukać) raczej mi się udało. Są nierozłączni. Na tę chwilę czas spędzamy razem. Razem operujemy klockami, razem układamy puzzle,  kolorujemy, czytamy, wyprowadzamy psa. Ale bywa i tak, że każde idzie w swoją stronę: Zacieszka uczy się pisać, Zacieszek jeździ autkiem po podłodze, a ja np. dłubię przy laptopie. To takie małe chwile dla siebie – bardzo ważne. Jakoś tak układa się to w sposób dość naturalny. Raz po raz pojawiają się oczywiście sytuacje kryzysowe, kiedy płacze jedno bądź drugie. Czasem płaczą jednocześnie. Co ważne, często przyznają się sami do winy. W takich sytuacjach nie ma żadnej kary, żadnej. Jest tylko warunek: przeprosić, przytulić, pocałować. Nic więcej. Zauważyłam, że czasem (nie zawsze) przepraszają się już bezwiednie (głównie Zacieszka, chyba z racji wieku). Odczuwam to jako sukces. Jest też tak, że w chwilach moich słabości (gorszego humoru) Zaciechy tworzą wspólny front. Choć to trudne doświadczenie dla matki, to także postrzegam to w kategoriach sukcesu. Nie ma chyba gorszej konstelacji jak wspólny front z jednym dzieckiem kosztem drugiego. To chyba jeden z największych błędów, jaki może popełnić rodzic. Tak sądzę.

Lidka – Najbardziej pozytywne i negatywne skutki bycia rodzicem to…?

Monika – Pozytywnych jest cała masa. Od takich praktycznych, jak na przykład to, że mogę się znów pobawić klockami lego ( 😉) po takie, że wciąż się uczę. To wielka radość być rodzicem i patrzeć z dumą na swoje dzieci. Ja jestem z moich dzieci niezwykle dumna. Z każdego z osobna. Lubię sobie na nie popatrzeć, przyglądać się ich zabawie i innej aktywności, dziwić się ich zainteresowaniom (tak różnym od moich). Po prostu. Bycie mamą to frajda.

A z negatywnych to na pierwszym miejscu wymieniłam bym brak pracy zawodowej (zarabiania). Wiem, że większość matek potrafi to pogodzić, ale zapewne z pomocą bliskich. Ja niestety nigdy tej  pomocy nie miałam, dlatego łatałam pracę zawodową, co było okropnie trudne.

I jeszcze jeden negatywny skutek. Minimum snu. Ale do tego można się przyzwyczaić.

Monika – A według Ciebie, co jest najbardziej pozytywne w byciu rodzicem a co najbardziej negatywne?

Lidka – Pozytywne i rozbrajające jest samo obcowanie z małym człowiekiem. W moim przypadku sztuk dwie 🙂 Każdy dzień z nimi potrafi mnie rozłożyć na łopatki. W wielu kwestiach. Śmieję się zawsze, że z jednej strony rodzic „dziadzieje”, bo robi się taki zasadniczy, wymagający i poważny… no traci częściowo jakąś tam młodzieńczość. Natomiast z drugiej strony bawi się na podłodze autkami, buduje wieże z klocków i wspina po drabinkach na placu zabaw. Taki kogel-mogel jest po prostu bezcenny 🙂

Negatywny jest chwilowy brak czasu dla siebie, na własne zajęcia (zawodowe czy hobbystyczne). Mówię „chwilowy”, ponieważ każda matka wcześniej czy póżniej powinna odnajdywać czas dla samej siebie. Choćby kilkanaście minut dziennie. Powinna starać się wyważyć dwa końce. Dla dobra swojego i dzieci. Frustracja wrogiem harmonii rodzinnej, warto o tym pamiętać.  Jesli chodzi o zarobek, to ja na tę chwilę mam możliwość pracy zdalnej, ale… zawsze oznacza to  „wyrywanie” chwil kosztem na przykład snu.

Lidka –  Gdybyś miała postawić je na równoważni, to które mają większą siłę rażenia?

Monika –  Oczywiście pozytywne, a według ciebie?

Lidka – Zdecydowanie pozytywne.

Lidka – Jeśli ktoś zerwałby Cię w środku nocy na nogi i zapytał o najszczęśliwszy moment w Twoim życiu, to co prawdopodobnie przyszłoby Ci do głowy?

Monika – W moim życiu wydarzyło się wiele szczęśliwych momentów. Ale jednego z nich nie wybiorę.

Na pewno narodziny każdego dziecka to było wielkie szczęście i radość. A kiedy pewnego listopadowego dnia dowiedziałam się, że będę miała córeczkę, oooo, to było maksimum szczęścia. Wiem, że najważniejsze jest, żeby dziecko było zdrowe, i to również było dla mnie niezwykle ważne, ale wówczas bardzo się cieszyłam. Zawsze pragnęłam być mamą córeczki.

Jednak nie powiem, który to moment był najszczęśliwszy w moim życiu. Myślę, że jest on jeszcze przede mną 😊

Monika – A co Tobie przyszłoby do głowy w takim momencie?

Lidka – Pierwsza myśl – są takie dwie sytuacje: moment narodzin moich dzieci. Do dziś wielokrotnie do nich wracam, z łezką w oku. Naprawdę. Inne pozytywne wydarzenia zeszły na drugi plan, choć była ich w moim życiu cała masa. Teraz po czasie je doceniam, ale nie są one pierwszej wagi.

A Wam, kochane Mamy, jaki dar losu przychodzi na myśl?

19 wątków z “Rozmowy o Macierzyństwie.

  1. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie ucieszyło, gdy zobaczyłam że Autorka takich bajek (naj o słodyczach) przeprowadza wywiad z Autorką takich tekstów 😉 (tak Lidka, już nie stchórzę). Niesamowicie ciepła, prawdziwa rozmowa dwóch Kobiet, które potrafią spełniać się na wielu polach. Gratuluję Wam.

  2. Ja chyba jeszcze do macierzyństwa nie dojrzałam… Mam wrażenie, że mimo moich 28 lat wciąż nie jestem gotowa na potomka. Tylko, tak z drugiej strony, czy nastaje taki moment w życiu człowieka, gdy ten jest bezwzględnie gotowy na dziecko?

  3. świetny pomysł na post, zwłaszcza na dzień mamy 🙂 W niektórych odpowiedziach znalazłam chyba samą siebie, choć chyba dla żadnej z mam nie było aż takiej rewolucji jak dla mnie ale to już indywidualna sprawa 🙂

  4. Fantastyczny wywiad 🙂 Skłania mnie do refleksji, jak to u mnie był z macierzyństwem. Za każdym razem dość nieoczekiwanym, a jednak niezastąpionym 🙂 Kiedyś na swoim blogu napisałam, że najpiękniejsze miejsce to „Sala porodowa. Serio. Byłam dwa razy i dwa razy spotkałam tam miłości mojego życia – moje córki.” Moje Dary Losu <3

  5. Kiedy czytam takie teksty myślę sobie, jak to dobrze, że jestem kobietą, żoną, mamą. Dzięki temu moje życie jest bogatsze. Dzięki wspaniałe, mądre kobiety i mamy, Miło się czyta takie rzeczy. Macierzyństwo, choć trudne, to jednak wyjątkowe doświadczenie. Ja dziękuję za każdy dzień. Bez moich dzieci i męża nie byłabym dziś tym, kim jestem….

  6. Moje Drogie Dzień w którym poznałam mojego męża, był Darem Losu, bo bez niego nie miałambym Dwóch Cudownych Synów. Od tyle poprostu,a Może aż tyle 💖😘💖

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *